Pod znakiem nocy i deszczu - październikowa trasa do Hiszpanii

 

Jazda w każdą noc. Pauzy w dzień. Deszcz. Korki. Chciałam się choć trochę wygrzać w hiszpańskim słońcu, lecz niebo sprzyja mojemu zdrowiu. Po niefortunnej kontuzji barku, miałam go chłodzić. I schładzam, odrobinę przymusowo.

W tą trasę wybierałam się z dużą dozą niepewności. Albo będzie w miarę, albo będę tydzień płakać z bólu. Półtora miesiąca po kontuzji barku, po rehabilitacji, już całkiem nieźle ruszałam ręką. Nie mogłam się jeszcze na niej podciągnąć, żeby wskoczyć do kabiny. Ale w końcu ręce mam dwie. 

Problemem okazał się pas dotykający ramienia. Z bólu zrobiło mi się czarno przed oczami. Jazda bez pasów - słabo. Ratowała mnie pluszowa maskotka poduszka, wetknięta pod pas. Jak już nic mnie nie dotykało, było dobrze. I tak powoli do celu.

Jazda w każdą noc. Noc w noc. Deszcz, korki. Rozładunek pod Madrytem w czerwonej strefie. Kontroli brak, w nocy pustki, nad ranem ruch duży jak zawsze. Deszcz, deszcz, deszcz... 

 

Jak się tak szybko dostałam na rehabilitację? Prywatnie. Dzięki temu NFZ i ZUS nie wydał na mnie ani złotówki. Co za czasy. W ramach państwowej służby zdrowia koleżanka dostała link do filmiku z ćwiczeniami, miała je sama wykonywać w domu. I niestety to nie jest żart.

Mercamadrid. Liczyłam na odwiedzenie Muzeum Nacional del Prado (w październiku wszystko w Hiszpanii było i nadal jest otwarte) jednak deszcz mocno kolidował z moimi planami. 

Licząc na późniejsze przejaśnienia wskoczyłam pod prysznic. Zawsze była tu gorąca woda. Do dziś. A przynajmniej w damskiej toalecie. 

Z letniej wody zamiast coraz cieplejszej, robiła się coraz zimniejsza. By osiągnąć lodowate apogeum, gdy cała byłam już w pianie. Za co, za co, za co??? Miliony pienistych bąbelków, pod wpływem zimnej wody, wcale nie chciały się tak łatwo zmyć. 

Cała dygocąca z zimna, wróciłam do kabiny i zawinęłam się w kocyk. Karol miał więcej szczęścia i wrócił wyraźnie zrelaksowany. Moja ręka sięgnęła włącznika ogrzewania postojowego. Cyk, cyk, cyk... 26 stopni. 

Mamy informacje o załadunku na następny dzień. Szykuje się wolny wieczór.

Wygrzałam się, wysuszyłam, zrobiłam makijaż. Przestało padać. Lecimy na przystanek. Wyszykowana do muzeum patrzę jak ucieka nam przed czasem nasz autobus. 

Może to i dobrze. Jeszcze nie wróciliśmy do ciężarówki a już dzwonił telefon. 

Załadunek na już, teraz, natychmiast - 15km od Madrytu. I mamy pędzić do Walencji.  Faktycznie załadowali w ciągu niecałych 2 godzin a pod Walencją towar zdjęli jeszcze przed północą.

 

Jeśli od razu załadują powrót do Polski to można bić rekordy wyrobienia się w 6 dobach. 

Załadunek na strefie przemysłowej pod Walencją. I tu nie jest już tak kolorowo. Mamy szukać zielonej bramy pod wskazanym adresem. Objeżdżamy firmę raz, drugi. Ogromna firma a zielonej bramy jak nie było tak nie ma. 

Szukamy w okolicy, Karol zwraca uwagę na firemkę, której nawet nie brałam pod uwagę. I tak, to będzie to. Pracownicy pojawiają się dopiero po 10 rano. Nie ma tam ani rampy, ani nawet chłodni na komplet palet. Czeka nas załadunek na raty i czekanie. Znów kropi deszcz....


2 dni stania na ulicy pod firmą. Jedyny luksus to toaleta oddalona o 1200 metrów na stacji paliw. Miniaturowej stacji bez miejsca dla ciężarówek. 

Okazuję się, że znów dopuszczamy się bilokacji. Odbiorca towaru dostał informacje od ładującego, że już wyjechaliśmy. Komentujemy to ziewnięciem i brakiem wzruszenia.

Uparłam się na wyjazd do Walencji. Opracowałam plan dojazdu, skąd, dokąd. To nic, że do stacji metra mamy 3,5km. Największy problem to lejący deszcz i uciekający czas. Patrzę smętnie za okno...

Deszcz odpuszcza dopiero wieczorem. Wychodzimy, tak po prostu i już bez planu na zwiedzanie. Spacer zmierza ku miasteczku i stacji metra. Po kilku minutach walki z biletomatem mam bilety. W planie na jutro, jednak decydujemy się pojechać jeszcze tego dnia choć na dwie godziny.

Dojeżdżamy do Walencji. Wow, ile ludzi. Wszystko otwarte, restauracje, muzea, kościoły, sklepy, siłownie, wszystko. Jedyne ograniczenie to maseczki. Nie ma nawet limitu w metrze i autobusach. 

To jest takie.... dziwne. W czasie, gdy u nas jedyne co można jeszcze zamknąć to lasy.

I faktycznie mamy równo dwie godziny do ostatniego pociągu powrotnego. Szybki, na prawdę szybki spacer, wręcz bieganie, żeby zobaczyć jak najwięcej. 

Zachodzi słońce, ludzi jest na prawdę dużo. W restauracjach także. Stoliki na ulicy zajęte, siedząc nie trzeba mieć maseczki. Obok przeciskają się mieszkańcy i turyści. Trochę żałuję, że nie mam aparatu, z drugiej strony mogłoby mi być z nim za ciężko biegać.


Mimo późnej pory otwarta jest poczta (przepiękna!) i prawie wszystkie kościoły, w tym Katedra i Bazylika. 

Biegiem na metro. Szkoda, ale czas już wracać. 

W okolicy naszej strefy przemysłowej niezliczone chińskie hurtownie odzieżowe. Ceny  - nawet 2 euro za bluzkę i 8 euro za płaszcz. Pod warunkiem zakupu całej rozmiarówki i tylko dla firm. 

Wracamy, jest zupełnie pusto i cicho. W nocy życie tu zamiera. Nie ma nawet choć jednego kota, nikogo. Niestety kontuzja daje znać i spać układam się już opuchnięta i z lekkim bólem. 

Na jutro mamy już oczywiście plan co zwiedzić i jak spędzić cały dzień w Walencji. W grafiku znalazła się też plaża. Ach, dobranoc....

 

Do rana opuchlizna na szczęście schodzi. Mam bilety na metro. Jednak deszcz dziś nie pada a po prostu leje. Z niewielkimi przerwami.A mogło być tak pięknie. Taka okazja ucieka.

Szkoda marnować czas w kabinie. Może jednak wyjrzy słońce. Wygrzebuje z paleciary butle z wodą. Podgrzewam część w czajniku. Myję włosy, makijaż. Niestety deszcz znów kropi coraz mocniej.

Deszcz odpuszcza znów dopiero wieczorem. Opłaca się jechać do Walencji na godzinę? Biorąc pod uwagę, że następnej okazji może nie być?  

Tak!

Odkrywam w sobie pokłady determinacji i uparcia. Od pojadę i koniec, przez mycie włosów na dworze przy akompaniamencie kropiącego deszczu aż do realizacji.

Jedziemy, tym razem stacje dalej, zobaczyć inną część miasta. Potem szybki spacer, jeszcze raz udajemy się do Katedry i Bazyliki. Tym razem z aparatem. I równie szybki spacer do metra.



Miasto ciekawe i pełne zabytków. Za dnia na pewno bardziej efektowne. Bieg na metro. Po drodze robię jeszcze zdjęcie podświetlonych budynków, w biegu, dosłownie w biegu.

Wracamy do ciężarówki. 

Zaczynamy załadunek.

Kto ma termometr, ten.... ogląda zamęt. Nawet jak tego nie chce.

Załadowca już przekazał radosną nowinę, że wszystko jest ok, a my w drodze do Polski. Gdy nagle wyczuł zbliżające się problemy. Wyłoniłam się z laserowym termometrem, który odmienił nam życie. 

Skończyło się mydlenie oczu jedną najbardziej schłodzoną paletą. I czekanie kilku minut na pomiar tradycyjnym termometrem.

A my po prostu musimy wiedzieć jaka jest realna temperatura, by tych owoców nie zabić, nie zamrozić. Jeśli towar ma 18 stopni a ma mieć 2 stopnie, powoli przestawiamy temperaturę na agregacie co kilka godzin. 

Wyłoniłam się ukradkiem i po cichu. Jednak dostrzegł mnie - niestety.

Obiecane 2 stopnie urosły do 8 a nawet 14 stopni.  A pan właściciel doskoczył z pretensjami o błędne pomiary. Nakazał mierzenie temperatury w swojej chłodni. Zaraz znalazł też swój bezbłędny i nieomylny termometr. I usilnie ciągnął Karola na pomiary. Karola, bo ja nie mam zwyczaju wchodzenia do pomieszczeń bez klamki od wewnątrz i musiał to dobitnie dostrzec w moich oczach. 

Bezbłędny i nieomylny termometr właściciela także pokazał 14 stopni. Karol stwierdził, że czuł, że warto tam iść zobaczyć jego minę. I się nie mylił.

Właśnie Karol - co Ty robisz na chłodni z wózkiem?

- A widziałaś jak on obsługuje wózek, w tym tempie sam nie załaduje do rana. (brak rampy)

Brakuje 6 palet, które dopiero co przewożą do schłodzenia. Na razie mają 23 stopnie. Umawiamy się na 3 w nocy. A właściciel próbuje nas przepraszać skrzyniami z mandarynkami i granatami.

Karol realistycznie ocenił ich realny czas pojawienia się na 7-8 rano. Ja optymistycznie czekałam do tej 3 w nocy, jednak nie pojawił się nikt. 

Kończymy załadunek rano. I ruszamy. Powrót do Polski już bez większych problemów.

, , , , , , ,

2 komentarze:

  1. Ciężka praca dla kobiety.

    OdpowiedzUsuń
  2. Podziwiam Cię ze te wszystkie jazdy tak daleko i w różnych warunkach, widoki super...serdecznie pozdrawiam...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję Kochani za komentarze :)

Copyright © Doganiam Motyle , Blogger