Dziś mam gorszy dzień, tydzień... To minie!


Oglądam zdjęcia i płaczę, po prostu płaczę. 

Nie potrafię się pogodzić z tym, że cała firma z dnia na dzień stanęła. Hiszpanom nie jest teraz potrzebne nasze jabłko a nam ich bakłażan, ani szpinak. A tym bardziej znicze. Po co komu znicze, jak nie można iść na cmentarz.
Kto by się miesiąc temu spodziewał, że kryzys dotknie też transport. Wszystko leci jak domino. Nie potrafię się pogodzić z tym, że moi bliscy i znajomi tracą pracę z dnia na dzień. Cała turystyka, branża weselna, szkoły tańca. Mają odwołane operacje i przerwaną chemioterapie. Zauważyłaś, że zbiórki na poważnie chore dzieci stoją w miejscu.

Wszyscy siedzimy w domu.

Niech Cię nie zwiedzie moja mina z pierwszego zdjęcia. Ja się z nią urodziłam. Naprawdę. Cudowne popołudnia w Barcelonie. Marzyło mi się zobaczyć Sagrada Familia. Obiecałam Maurycemu, że lecimy tu w wakacje. W szczycie sezonu, w największy tłum, największy żar słońca.
Nigdy nie będę żałowała tych wszystkich wycieczek zupełnie spontanicznych i bez planu. 

Tak, wybrałam zawód obciążony pewnym ryzykiem (wypadki, kradzieże). Do tego jak wiecie choruje (jest dobrze i stabilnie), ale kto wie co będzie jutro, za rok. Bardziej od śmierci dziś boje się dalszego życia bez sensu i marzeń. I co by się nie stało, Maurycy, wiem, że wiesz - to nie jest powód by zamknąć się w domu na zawsze. Marzenia - przyjdzie jeszcze na nie dobry dzień? 

Choć dziś widzę wszystko w bardzo czarnych barwach. Nie wiem, czy możesz to sobie wyobrazić, po prostu nie ma we mnie dziś żadnej nadziei ani żadnego optymizmu. Nie potrafię dziś nikogo pocieszyć, choć zawsze to robiłam. Pierwszy raz nie mam na to siły.

Ostatnie miejsce w jakim byłam w Hiszpanii to Valls niedaleko Tarragony i Almeria. 
W Valls spacerowałam, jak gdyby to miał być mój ostatni spacer w tym roku w Hiszpanii. (Do głowy by mi to nie przyszło wtedy, że ostatni.) Zaglądałam w każdy kąt, oglądałam drzewa, kwiaty, witryny sklepowe. W Kościele, weszłam chyba nawet tam, gdzie niekoniecznie wolno. 
Obracałam się dookoła patrząc na roztaczający się widok. Przepiękny, góry. Dzieci z plecaczkami wracały ze szkoły. Zapełniały główny plac. Nie działo się nic. Sączyłam colę siedząc w restauracji tak długo, jak by mi za to dopłacali. I powąchałam frytki Karola. A co mi tam. Mam na nie alergie, może ktoś widział, zapewne myśli, że się odchudzam i to silna wola.

W Almerii nie miałam nawet 5 minut, by wystawić się na słońce. Szybki załadunek i powrót. Szkoda.

Z podejrzeniem zawsze patrzyłam na ludzi siedzących bezpośrednio na chodniku. W Hiszpanii to norma. Bakterie, kurz, takie tam... Zawsze miałam lekką obsesję na punkcie mycia rąk i nie dotykania tego, co nie potrzeba.
Jak to wszystko minie, jak już będzie dobrze, będę się przytulać do piasku na plaży. 

Wracając z Almerii dokładnie wiedziałam, w którym miejscu ostatni raz na tej drodze widać morze. Patrzyłam....

Pierwsze zdjęcie - Barcelona, drugie - Lizbona.




,

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Dziękuję Kochani za komentarze :)

Copyright © Doganiam Motyle , Blogger