Grecja po raz drugi - Najgorsza trasa?


- Gdzie ty  jedziesz?
Już wszystko wiem.
Tu nie ma żadnej ulicy.



    ***

6 grudnia, piątek, 21:30 - 3 dzień trasy




Jadę na rozładunek. Firmę kojarzę z pierwszego wyjazdu. Zaraz po zjechaniu z autostrady zjeżdża się pod wiaduktem. Ostry zakręt w lewo, wąsko, jak w całej Grecji. Prosto około 700m i  w prawą. Duża ogrodzona firma. Zjeżdżam z autostrady, przejeżdżam kilka kilometrów. Gdzie ten zjazd?
- Karol, to są na pewno dobre namiary? 
- Dobre, dobre. Przecież tu byłaś.

500m do zjazdu w prawo. Ciemno. Toczę się 15km/h i szukam ulicy. Przejeżdżam miejsce zjazdu, które wskazuje mi nawigacja. Ulicy nie ma.

- Gdzie ty jedziesz?
Dopiero teraz w głowie ułożyło mi się wszystko w bardzo nieszczęsną całość. Tu nie ma żadnej ulicy. Hamulce.

Ta polna dróżka między płotami szerokości 3,20m to dojazd do tej znienawidzonej firmy. To miejsce jakoś zupełnie wypadło mi z głowy. To się nazywa WYPARCIE. Dlaczego?

Jest piątek wieczór. Jeszcze nie przejechaliśmy przez bramę a już wiem. Wiem już niestety wszystko.
Nie ma cudów, nie wyjadę stąd do niedzieli albo poniedziałku.
Już ja znam te ich szybko rozładujemy, szybko załadujemy. Właśnie dotarło do mnie, że owszem prowadzi nas ktoś inny ale.... ALE z tej samej spedycji co za pierwszym razem w trasie do Grecji. Najgorsza trasa w całej mej karierze kierowcy. Wracając profilaktycznie wypakowałam wszystkie swoje rzeczy z kabiny, na wszelki wypadek gdyby miała tam z nimi jechać choć jeszcze jeden raz.

W tej firmie niefajne jest wszystko. Zaczynając od brudu na placu, obietnic bez pokrycia a kończąc na czymś co nazywają normalną toaletą. Normalna toaleta składa się z dziurawych bordowych drzwi zamykanych na deskę, profilowanego brodziku z dziurą w ziemi. Kranie z cieknącą lodowatą wodą. Wszystko w błocie, jak i cały plac. Płytki, w tej normalniej toalecie, w rozmazany finezyjny zgniło-zielono-pomarańczowy wzór idealnie się tu komponują.
Polski oddział tej firmy ma zamiast toalety toi toi i to również dla swoich pracowników magazynu.
(To jedyna toaleta, również dla pracowników biurowych, oj - grecki standard wita. Wyjaśniła się  tajemnica dlaczego markety budowlane mają na świątecznych wystawach oprócz choinki kilka muszli klozetowych)

Generalnie cała Grecja to właśnie takie cudowne firemki. Rozładunki w centrum Aten z escortą policji to norma. Jeśli policja nie zablokuje ulicy, nie ma możliwości ani na wjazd ani na wyjazd.

Ta trasa planowo miałaby przebiegać tak: wyjazd 4 grudnia, pierwszy rozładunek po przyjeździe w okolicach Salonik. Załadunek w Salonikach i jeden do trzech przerzutów w okolicach Aten.
9 grudnia w poniedziałek rano obiecany załadunek do Kraju i jedno lub dwa miejsca rozładunku na terenie Śląska i/lub Warszawy. Powrót na bazę 11-12 grudnia. Całość powinna się zamknąć w maksymalnie 8-9 dobach.  To i tak długo jak na dwóch kierowców w załodze i tylko 5700km.

Anno nie wpadaj w panikę - uspokajam samą siebie. Obiecywali powrót w poniedziałek... spokojnie, spokojnie, spokojnie. Do poniedziałku jest jeszcze bardzo dużo czasu.

Nie wiem czy jestem zła, wściekła czy inna. Szczerze nie lubię tej Grecji i mam jej serdecznie dość. Nie potrafię się tu odnaleźć. Nie rozumiem ich stylu życia i potykania się o tony śmieci.

Po placu biega kilka wielkich psów. Nie ma mowy o swobodnym chodzeniu gdziekolwiek czy zrobieniu jedzenia. Tradycyjna smażona cukinia i herbatka pod gwiazdami - nie w tym miejscu. Kolega z zielonego Volvo koczuje tu od 3 dni. 

 7 grudnia, sobota, 23:00 - 4 dzień trasy


Jest dokładnie tak jak myślałam. Sobota minęła na niczym. Nadal przekonująco i z obietnicą w głosie mówią o ostatnim załadunku w poniedziałek i powrocie do Kraju. Powrocie umówionym z moim szefem, zaplanowanym. Szef wysłał dwa zestawy z dwiema podwójnymi załogami na szybkie greckie kółko. Według spedycji wszystko dopięte na ostatni guzik. A kiedy rozładunek, niby jutro rano. Jutro niby rano też mamy być załadowani z towarem do Aten. Siedzę i czuje jak tyje. W każdym innym Kraju dzienny limit kroków zrobiłam choć by na parkingu.


Rozważamy kwestię piesków. Pieseczków sięgających mi ponad pas. Co wygląda lekko przerażająco, gdy obok mnie przebiegają. Zdjęcia tego nie oddają. Są robione z góry. Na fotografii wyglądają jak te nasze polskie sympatyczne Pimpki sięgające kolan.
Dwa tygodnie temu były inne. Jednak trochę mniejsze. Te większe zjadły te mniejsze i przejęły teren? Migrują od firmy do firmy i pilnują akurat tej, gdzie ktoś da im jeść? Wypuszyły się na zimę?

W nocy temperatura spada do około 4 stopni. W dzień na słoneczku było 17.

Kolega z drugiego zestawu z jednym z tych piesków się zaprzyjaźnił. Nawet na mnie psinka patrzy łaskawie. Dokładnie ta sama, która rzucała się nam na samochód, kiedy wjeżdżaliśmy. Nie ma nic za darmo. Łaskawość trwa, od kiedy podzieliłam się z nim kanapką z bezglutenową bułką. Może teraz mnie nie zje. Karol pociesza, że na pewno nie. Gdyż jestem bezglutenowa i psy miałyby po mnie czkawkę.

Jestem dziś zrezygnowana. I chyba po prostu zwyczajnie smutna. Szukam w myślach siebie szczęśliwej gdzieś z Hiszpanii. Jazda sprawia mi wiele przyjemności i satysfakcji - ale nie tu. Gdyby to była Hiszpania, Portugalia o tej porze dopiero bym wracała z Salonik. By smażyć cukinie pod niebem pełnym gwiazd. Tu nie mam nic z tego. Tylko niebo z gwiazdami.

To jest paradoks, po półtora roku pracy jako kierowca opisuje Ci trasę akurat tu, do Grecji. Niestety, akurat tu mam czas. Niestety, akurat tu, nawet pójście kilkaset metrów do sklepu, to problem. Więc siedzę w kabinie. Może to i dobrze, że się tu znalazłam. Tu na prawdę perspektywa na wiele spraw znacznie się zmienia.

Nie wiem i nie jestem w stanie się domyśleć co sprawia, że niektórzy wolą ten kierunek niż zachód Europy. Nie przekonują mnie niższe ceny pewnych artykułów. Ani więcej czasu bezsensownego stania niż jazdy.
Takie czekanie męczy mnie znacznie bardziej, niż jazda noc w noc cały tydzień. Tym bardziej, że pracuje max 14 dni w miesiącu i jeśli wracam po 7 dniach a nie 14, bez żadnego bezsensownego czekania to nie widzę powodu do zmartwień.

Początek trasy

Wyjechaliśmy w nocy z wtorku na środę, 4 grudnia.
Pod Częstochową spotykamy się z kolegami z drugim zestawem i razem ruszamy w kierunku Rzeszowa.

Oni już przeliczyli dokładnie ile czasu zajmą nam te kilometry. Tiaaa.... dwa tygodnie temu też byłam taka naiwna. I też przykładałam do tej trasy hiszpańską miarkę.

Ile czasu można w dwie osoby spędzić w trasie liczącej 5500km? Z ułożonymi rozładunkami i załadunkami. Max 5-6. Ostatnio, jak już wspomniałam, wyszło 13. Więcej stania niż jazdy.

Tu nie da się zaplanować nic. Po za brakiem dróg szybkiego ruchu największa zmora to kolejki na granicy. Tym razem idzie dość szybko. Najdłużej schodzi się na granicy Węgiersko - Rumuńskiej.
Ponad 1,5 godziny. Pierwszy raz robią nam rentgen zestawu. Inne granice, kolejki około godziny. Nikt nic nie chce, tym razem nie sprawdza naczepy, nie zagląda do kabiny. Tylko niezbędne dokumenty. Winiety, paszporty, dowody rejestracyjne samochodu. Nikt nie chce licencji ani ubezpieczeń.

Granica Bułgarsko-Grecka jest pusta. Potrzebujemy dziesięciu minut na szybką kontrolę.

Kilka godzin przed wyjazdem wspominałam koleżankom - aby do Rumuni i już będzie ciepło. Cóż... żałuje, że nie wzięłam zimowej kurtki ani butów. Od Słowacji do samej Grecji śnieg i mróz. Rumunia zaskakuje mnie bardzo pozytywnie. Może nie ma autostrad. Ale absolutnie każda tranzytowa droga i tak jest szersza niż większość naszych krajowych dróg. Stacje zadbane, toalety też. Czystsze i lepiej wyposażone niż np. we Francji. Bułgaria buduje brakujący odcinek autostrady od Sofii do Kuluty. Postępy widać. Aktualnie intensywnie drążą tunele w górach.
Na zdjęciach zimowo mglista Bułgaria.

 

8 grudnia, niedziela, 18:00 - 5 dzień trasy

 

Wiesz, a ja nawet uwierzyłam, że dziś rano nas załadują.

Źle dziś spałam. Budziłam się kilkadziesiąt razy. Gdy Karol podjeżdżał rano, koło 9:00 pod rampę, postanowiłam jeszcze chwilę pospać.
Po dwóch godzinach zdjęli towar i załadowali kilka palet. Reszta ma być ładowana z drugiej strony firmy, już bez rampy. Czas mija....
13:00 - nadal czekamy na kilka palet.
15:00 - słońce zaraz zajdzie.
Myślałam, że uda się jechać w stronę Aten za dnia i w końcu zobaczyć chociaż widoki. Mam nieodparte wrażenie, że dziś znów wcale stąd nie wyjedziemy.

Karol pojechał na zakupy, dostał namiar na nieliczny z otwartych dziś sklepów. Saloniki samo centrum. Jak wrażenia???

Ania, a daj spokój. Syf i śmietnik jeszcze gorszy niż tam. Tu nie ma po co przyjeżdżać.

W tym czasie ja mam odjechać ciężarówką na inne miejsce na placu. Po pierwsze negocjacje z czarnym psem.
Dokarmiam go wędliną i kawałkiem bezglutenowej bułki. I tłumaczę: teraz ja wychodzę po tyczki (zabezpieczenie do towaru) a ty tu czekasz. Chyba psinka rozumie po polsku - położył się i czeka. Gdyby nie rozumiał, miałabym przyśpieszony kurs greckiego.


Zabieram tyczki na naczepę i odjeżdżam. Brakuje mi 3 palet do szczęścia.

To nie jest tak, że ja nie mogę poczekać. Mogę. Nie raz stałam po dwa, trzy, cztery dni. W transporcie to norma, do której trzeba się przyzwyczaić. Ale po prostu nie tu, nie tu. To tyle i aż tyle. 
Dwa dni pod Lizboną to był fajny i aktywnie spędzony czas. Trzy dni przymusowego postoju, z powodu poważnej awarii, w czterdziestostopniowym upale, przy drodze, we Francji także zdecydowanie lepiej wspominam. Choć nie było łatwo.
Mogę poczekać, ale nie robiona w jajo głupkowatymi obietnicami.


Karola nie ma. Pies, od kiedy został moim przyjacielem, grzecznie leży. Może zacznę wozić jakąś psią karmę? Biednie niektóre wyglądają.

Akumulatory wymagają podładowania, silnik trajkocze. Zabrałam się za porządki w kabinie. Lusterka, kurze, czyszczenie dywanika.

Wraca Karol. Jego mina mówi wiele. Wrażenia  w dwóch zdaniach masz już wyżej. Uważam, że tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć. W Grecji jest źle.
Jest we mnie mała chęć, zobaczyć Ateny. Przy okazji skoro już tu jestem. Z własnej chęci na pewno turystycznie nie zamierzam się tu wybierać. Bardziej zaciekawiła mnie Sofia, stolica Bułgarii.

W dzień było 17 stopni. Odczuwalnie koło 12. Fajnie świeciło słońce. Teraz mam już księżyc i gwiazdy. Nie ma szans na załadunek tych 3 brakujących palet. Nie przyjechały. W dokumentach są, realnie przyjadą pewnie innym zestawem.

18:30
Do kabiny wpada Karol.
- Nie uwierzysz... znalazły się nasze trzy palety.
- Gdzie były???
- Na tej odczepionej naczepie.
- Stoją od rana?
- Mhm...

Załadunek nie wymaga podjeżdżania do rampy. Uf... jeszcze chwila i nas tu nie ma.

W kwestii piesków - migrują. W niedzielę w dzień były tylko dwa, by na noc spacerowicze pojawiły się z kolegami w dziesięciu. Wygląda na to, że dla niektórych, jedyne jedzenie to to, co wyżebrzą od kierowców.

Eh... czas pracy nam się kończy. Kończymy pauzę za kilka godzin i ruszymy dopiero w nocy. Także dobranoc.

9 grudnia, poniedziałek, środek nocy - 6 dzień trasy


Nie obudził mnie dźwięk mojego budzika. Karola telefon nie ma litości i wrzeszczy coraz głośniej jakimś śpiewem ptaszków. Niby przyjemny śpiew, wysokie tony coraz bardziej wdzierają się w uszy. Coś mi się śni...  odnajduję myśli, gdzie właściwie jestem. Co tu robię i po co.
Ruszamy.
Rozwidnia się i witają mnie takie widoki. To lubię, to kocham.


Po 6 godzinach jesteśmy w miejscu rozładunku. Znana międzynarodowa firma, ogrodzona, bez piesków, z czyściutką toaletą. Jest dobrze. Rozładunek poszedł dość szybko, tylko 7godzin. Tu z reguły trwa to znacznie dłużej. 
Jedziemy dalej na południe. Dostajemy wkrótce namiar na załadunek. Hm... mamy wracać na północ, ktoś nas chyba w jajo robi, tam owoców na pewno nie ładują.


Poniedziałek 16:00
Jesteśmy na miejscu. To nie jest nasz obiecany poniedziałkowy załadunek do Kraju. Oczywiście spedycja przemilczała tą niewygodną informację. Towar to kilka palet puzzli. Załadunek puzzli jednak nie mógł być przez nas zrealizowany, palety są za wysokie i się nie zmieściły.
Tak, spedycja miała dwa razy mówione ile dokładnie wynosi wysokość przestrzeni ładunkowej naczepy.  Z placu firmy mam taki piękny widok. Niestety samo miejsce załadunku to typowo grecki bałagan, śmieci i bezdomne psy.


Puzzle miały jechać z nami aż 14km. Z tym, że rozładunek byłby dopiero rano. A oczekiwanie na niego dosłownie w jakiś krzakach. Parkingu w okolicy brak.
Podwójna obsada, zestaw... i ktoś wysyła nas z kilkoma paletami na trasę mającą 14km. Nie busika, a zestaw. Gdzie w tym ekologia. Ręce opadają.

O tej porze powinniśmy być w drodze do kraju. A mamy się udać na parking. Jedziemy pod Ateny.


Poniedziałek, 22:30
Jesteśmy na tym samym parkingu, na który byliśmy skierowani w pierwszej trasie do Grecji. Nie podobał mi się wtedy wcale. Teraz wiem, że to najczystszy, najbezpieczniejszy i najlepszy parking w całej okolicy. Wdech, wydech, Anno dasz radę.
Parking jest sprzątany, dużo koszy, generalnie kierowcy sami dbają tu o porządek. Niestety zapachu psich odchodów, mimo sprzątania po nich, nie da się w pełni wyeliminować. W grudniu jest średnio, a jak to wygląda latem?

Pamiętam o czym myślałam, gdy za pierwszym razem stałam tu trzy dni. Trzy dni, może cztery.
Wszystko zaczęło się od przysłowiowej kropli przepełniającej czarę goryczy. A dokładnie od braku jednej jedynej jakiejkolwiek bezglutenowej czekolady w markecie, do którego pojechałam taksówką.
Po prostu wróciłam, siadłam i się rozpłakałam.
Szlochając co mnie podkusiło, żeby ciężarówką jeździć? Czy ja bym nie mogła tak jak normalna cwana matka żyć tak jak Rząd na to pozwala na koszt podatników. Z 500+, rodzinnego, zasiłków takich i owakich, może jakieś darmowe mieszkanko od miasta i dopłaty do wszystkiego. I czas, na pisanie pozwów o podwyżkę alimentów co pół roku (nie mam czasu, ani podwyżki). Albo czy bym nie mogła siedzieć sobie w domku jak księżniczka na utrzymaniu swojego rycerza, prać, gotować, sprzątać, wyglądać jak gwiazda od rana do nocy. Budzić go rano i nie dać mu spać wieczorem.

A potem mi się przypomniało, że nie mam zbyt wiele dzieci i nie mam męża, a nawet jak miałam nigdy, nawet przez minutę, nie byłam księżniczką. Jest nadzieja, że do Grecji  nigdy więcej nie przyjadę - to i głupie pytania odejdą w niepamięć.
Po za tym nazwałam dziecko Maurycy - bąbelek Maurycy. B o m b e l e k Maurycy - korekta tekstu nie nadąża za zmianami.
Tak się nie da... gdyby to był Brajanek, cóż POZAMIATANE. Co za stereotypy, a fe, widzisz - Grecja źle na mnie wpływa.

Pamiętam jak mój brat zadzwonił do mnie kiedyś w panice, że od dwóch godzin jest bezrobotny! Rozumiecie, od dwóch godzin. Firma, w której pracował już za czasów studiów, kończy wszystkie projekty i nie przedłuża umów.
I on nie wie co ma ze sobą zrobić i to jest takie dziwne. Po kolejnej godzinie zadzwonił, sytuacja opanowana, już ma pracę.
Siedzenie za długo w domu źle wpływa na wszystko. Rycerz na białym koniu marzy mi się tylko w chwilach skrajnego zmęczenia.

Najbardziej przerażające jest to, że przy takich rozważaniach urażone są matki małych dzieci niepracujące przez chwilę lub mające taki układ w swoim związku. Nie, to nie o Tobie.
I jeszcze gorzej, matki dzieci wymagających opieki 24/24, którym Państwo zamiast pomóc rzuca kłody pod nogi. (Wiem coś o tym). One poczują, że to może o nich. Nic z tych rzeczy. To też nie o Tobie! A osoby żyjące na koszt podatników od pokoleń (o tych tu mowa) uważają - im się to należy, bez cienia skrępowania. Głupi jesteś - to pracuj. Maurycy pytał mnie, czy to rozdawanie 500+ i przede wszystkim innych zasiłków się Państwu opłaca. Skoro te osoby nie zamierzają się nigdy do tego dołożyć w późniejszym czasie dla innych potrzebujących.

Przypomniało mi się też, że od płaczu strasznie mnie potem bolą zatoki - także 4 minuty łez wystarczą. Wdech, wydech, wdech, wydech...

Psinki niektóre te same, niektóre nowe. Obok nas stoi Piotrek. Rozmowny chłopak z południa Polski. Mu tu się podoba i ten kierunek bardzo mu odpowiada. Pewnie dlatego, że ma ułożoną pracę i trasa w pojedynkę trwa 5-6dni. Tak to i ja mogę jeździć.

Grecja nie jest miejscem dla osób, które boją się psów.  To od razu widać. Kto idzie środkiem parkingu i pewnie kroczy. A kto idzie okrężną drogą od samochodu do samochodu, od samochodu do samochodu - tak na wszelki wypadek.

10 grudnia, wtorek, 11:00 - 7 dzień trasy


Wyglądam jak gwiazda.  A przynajmniej chciałabym :) Z make up, ułożonymi włosami i po długim ciepłym prysznicu. To nic, że woda chlorowana jest tak mocno, aż praktycznie rozpuszcza farbowane na blond włosy. Coś mi się od życia należy ;) A włosy rozpuściły się już w pierwszej trasie tutaj. Autentycznie straciłam dobre kilka centymetrów z grzywki.
W oczach była by jeszcze rozgwiazda, gdyby było z czym wracać do domku.


Dostajemy namiar na magazyn kilkanaście kilometrów dalej. Pasące się owce to tu częsty widok.


W drodze do firmy mamy mały problem. Nie da się tam dojechać takim zestawem. Na pewnym etapie drogi nie ma możliwości skrętu w lewo tak dużym samochodem, a to jedyny dojazd.
Na szczęście jest wyjeżdżony skrót przez pole. Na zdjęciu poniżej.

Małe domki, ludzie sobie hodują kaczuszki. I na końcu wąskiej uliczki - firma.


Ramp nie ma, jest grecki bałagan. Bardziej... szkoda słów i bród. W takich sytuacjach uważam, że na miano bałaganu trzeba sobie zasłużyć. Bałagan to przecież w miarę czysty nieporządek, prawda?

Przyjrzałam się sobie i postanowiłam poprawić tusz na rzęsach prawego oka. Wyjęłam złotą kosmetyczkę, w której każdy milimetr przestrzeni jest idealnie zagospodarowany. Wyjmuje kilka pędzli, błyszczyk i już widzę tusz. Jeszcze lusterko. Hop na fotel, otwieram schowek....

ŁUP!!

Kabiną mocno zabujało do przodu.
Co to było?! Łapie rzeczy wypadające ze schowka a wzrokiem próbuje złapać spadający z konsolety wprost pod fotel mój ulubiony tusz.

Zamykam schowek i ŁUP!

Cała kabina zabujała się. Tak bardzo nieprzyjemnie.  
Spadają mi kolejne rzeczy. Nurkuję pod fotel trzymając się rękami i nogami. ŁUP!! Pupę mam wyżej niż głowę.
Drzwi otwiera Karol, nasz wzrok spotyka się porozumiewawczo.

- Czujesz co on robi?
- On mi z tymi paletami zaraz wjedzie do kabiny.

ŁUP!! 

- Mówiłem mu, idę jeszcze raz. Wiesz co on ładuje - elektronikę. 

Oczy momentalnie przybrały u mnie wielkość pięciozłotówek.

ŁUP!
I tak każda paleta.
W CMR dokładnie to co mówił Karol - towar wrażliwy, elektronika.
Nikt tak jeszcze nam towaru nie ładował. Nigdy. Obchodzenie się w ten sposób z elektroniką to dramat.
Każdy delikatnie, bardzo delikatnie. Bo pomidorki, sałatki, sadzoneczki… Wozi się to wszystko jak jajko.
ŁUP! 

Według magazyniera wszystko jest dobrze i tak ma być.  Czekamy na jeszcze jedną paletę. Wczoraj ktoś tu to wszystko przywiózł i już im jedna zginęła, eh... Grecja.

Znaleźli.
Wyjeżdżamy, rozładunek mamy niecałe 15km dalej. Jedziemy przez wioskę. Jest nawet troszkę ładniej w porównaniu do całej reszty. Ale jak wąsko, robi mi się gorąco... W jedną stronę zakaz 6t, jedziemy więc w drugą. Balkony tak nisko, że nie ma szans się zmieścić. Karol cofa. Jedziemy pod zakaz tonażowy. Udało się.

14:15
Dojeżdżamy do firmy. Dajemy dokumenty do recepcji. Czekamy na ulicy. Pani z ochrony mówi, żebyśmy dzwonili do spedycji, bo to jakaś pomyłka. Awizacja jest na 15, ale na jutro. A to oznacza, że dziś także nie ma mowy o powrotnym załadunku.


Pan spedytor nie odbiera od razu. Po jakimś czasie odebrał i zaczyna wmawiać jak to on nie wie co się stało, jak do tego doszło, zadzwoni co się da zrobić. Czy jego ulubione zajęcie to robienie z ludzi idiotów? Wiesz jaką minę ma ktoś, kto słucha kogoś i wie, że ten ktoś kłamie. Z Karolem mamy takie właśnie miny. Ale posłuchać warto. Dla nas takie zachowanie spedycji to nowość.
Wracamy na parking, przecież nie będziemy tu bez sensu stali. Oglądam okolicę z okien ciężarówki.


17:00 Jest informacja, że zdejmą towar o 18. Ciekawe, ciekawe... Jedziemy pod firmę pooglądać bramę. Żeby nie było, że nas tam nie ma. Jesteśmy w 1000% przekonani, że towaru dziś nie rozładują. Telefon do spedycji był zbędny. I tak wiadomo z góry, że nic nie zrobili, nigdzie nie dzwonili, od samego początku awizacja jest przemyślana. 
Mamy stracić kolejny dzień przed powrotem do Kraju. Nie szukajcie tu logiki. Tylko ta spedycja tak ma - oby tylko ta. Powrotu na poniedziałek wcale nam nie planowali. A teraz nieudolnie przerzucają wine na innych.
Z DHL wyjeżdżają osobówki i powoli zamykają. Także jest tak jak myśleliśmy.  Awizacja tu to świętość.


Nie pamiętam takiej trasy, żebyśmy tyle razy kontaktowali się ze spedycją. Czasami tego kontaktu nie ma praktycznie wcale. Przed trasą sms z miejscem załadunku i rozładunku. I to by było na tyle. Wysyłamy także temperaturę towaru do konsultacji i wszelkie nieprawidłowości, gdy towar budzi jakieś wątpliwości. Czasami zdarzały się pomyłki w awizacji, ale w tych sytuacjach faktycznie spedycja bardzo szybko rozwiązywała problemy i wszystko szło zgodnie ze zleceniem.

Karol dzwoni, nadstawiam uszu posłuchać co też spedytorek wymyśli, przynajmniej jakaś rozrywka.
Spedytor łaskawie odbiera telefon i udaje wielce zdziwionego, że firmę zamykają.
Tę scenę odgrywa oscarowo, to zdziwienie, to rozczarowanie w łagodnym głosie. Robi to przecież ciągle.
Ach i rzekomo dostał sms, że niestety dziś nie, tylko jutro o 8. Zapomniał dodać jak bardzo przepraszają, było by dramatyczniej.

Śmiać się, płakać?

Na informację, o otwarciu firmy o 9  i braku możliwości rozładunku o obiecanej 8 spedytor reaguje agresywnie. Scenariusz nie przewidział tego wątku. Co on teraz powie, co on teraz powie, oczekuje w napięciu.... rozłączył się. 

Wzruszamy ramionami.... Niekonsekwentny jakiś, a mógł iść w zaparte.

On naprawdę uważa kierowców za idiotów. I albo udaje albo sobie tak zupełnie poważnie myśli, że taki kierowca to ni be ni me. I się nie dogada, o której tu zamykają, otwierają, o której awizacja.

Także zjazd na parking. Tym razem trochę inną drogą, poszukamy sklepu. Do jutra do 14-15 nie mamy się po co ruszać. Obsługa parkingu śmieje się do Karola, żeby starał się o greckie obywatelstwo, ciągle go tu ciągnie.

I teraz hit, po tylu dniach stania pan spedytor wymyślił w trakcie tych tłumaczeń, że my musimy zrobić pauzę dobową przed załadunkiem do Kraju. Mam ich już tak serdecznie dosyć. To oznacza tylko jedno. Skoro ma takie bezsensowne pomysły, to nie ma żadnych szans na jutrzejszy załadunek powrotny.

Odwołuje dentystę umówionego na środę. Kolejna wizyta w poniedziałek i wątpię, że zdążę. Co ja mam dziecku powiedzieć? Obiecałam, że będę najpóźniej w czwartek rano. A mamy już wtorek.

Przez jakaś spedycje w czwartek spod Aten nawet nie ruszę pewnie. W piątek mam ważne spotkanie, w sobotę planowany wyjazd, lekarz, później klasowa Wigilia. I najprościej w świecie chciałabym pobyć w domu.
To najbardziej niepoważna firma spedycyjna z jaką kiedykolwiek jeździłam. Podwójna załoga, żeby dziś przejechać aż 30km.

Na parkingu stoi jeszcze kilku kierowców, których ta cudowna spedycja gania po kilkanaście kilometrów z jedną- sześcioma paletami. Jeden kierowca miał poważny problem z dojazdem. Rozładunek jednej palety w mini wiejskim sklepiku. Drogi dojazdowej nie ma. Poszedł z dokumentami na piechotę około 800m. Właściciel sklepu złapał się za głowę, jak zobaczył czym przyjechał. W dobie ekologi i dbania o planetę, takie cyrki w totalnie zaśmieconej Grecji, której nic już nie pomoże, powinny być karalne.

Wszyscy spotkani na parkingu po za nami przyjechali z tą spedycją pierwszy i zapewne ostatni raz. My drugi i o dwa za dużo. Na forach nie bez powodu krążą o nich niepochlebne opinie.

Obstawiamy... (jest wtorek, 19:00)
Myślę, że najwcześniej załadunek powrotny w piątek a nawet w poniedziałek.
Bardziej poniedziałek. Spedycja ma zawsze wytłumaczenie: padał deszcz, weekend, pomarańczy nie nazbierali.

To też ciekawa kwestia. Pomarańcze często nie są na greckich firmach magazynowane i schładzane. Od razu z pola ładują owoc z temperaturą 17-24 stopnie.
Spedycja planuje rozładunek tak, żeby towar był najwcześniej za 5 dni w Polsce schłodzony w naczepie. Nikt ciepłego nie przyjmie.

Podchodzi do mnie kierowca z Podkarpacia.
- Czy do Ciebie też ten spedytor tak wydzwania co chwilę i jest taki bezczelny. 20 lat pracuje i to jest jakaś porażka. Praca z nimi to jakiś dramat! Już mówiłem szefowi, że jak chce z nimi jeździć to ja się zwalniam.

- Nie przejmuj się, Karol jeździ 17 lat i też nie może wyjść z podziwu dla jego osoby. Tylko do nas jest grzeczny w słowach.

Pada deszcz, wszyscy pochowali się do kabin.

11 grudnia, środa, 9:00 - 8 dzień trasy


Dzień zaczynamy od niespodziewanego telefonu spedytora. Jak gdyby nigdy nic zapytał co mamy załadowane ;) Tak, to jest ten sam osobnik. To gdzie jest ta ukryta kamera??

Jedziemy pod firmę.


Pani z ochrony pyta gdzie staliśmy w nocy? Ta kobieta jest wyjątkowa. Wita nas serdecznie, czuje się jak by mi czerwony dywan rozwijali. Na DHL wieje nudą i pustką. Zupełnie nic się nie dzieje. Wyczuwam szansę na rozładunek przed awizacją, choć by z nudów.
Udało się chwilę wcześniej. O 13.30 możemy wyjeżdżać.

Pani z ochrony macha do nas uśmiechnięta :) Kierujemy się na parking.


Pan spedytor nie jest zainteresowany telefonami od Karola. Chyba na dziś nie ma przygotowanej przemowy, dlaczego opóźnia się o kolejny dzień obiecany powrót z poniedziałku. A mówienie o potrzebie dobowej pauzy jest w przypadku podwójnej obsady po prostu głupie. Z biurem także nie chce się skontaktować. A i tak do tej pory potrafił przekazać do biura przewoźnika inne sprzeczne informacje niż nam. Można - można.

Wieczorem leje deszcz, błyska się,  burza. Parking otulają ciemności i cisza. Ubieram się cieplej, grubsze leginsy, bluza z kapturem. Wychodzę z kabiny z latarką z magnesem. Doczepiam ja do chłodni. Otwieram pleciarkę. W strugach deszczu pilnuję gotowanego mięsa z kurczaka.


Nie mam już na nic ochoty. Jem na siłę. O załadunku dziś możemy zapomnieć. Już dawno zapomnieliśmy. Zostaje w kabinie sama, Karol idzie na męski wieczór do chłopaków obok.

12 grudnia, czwartek, 13:00 - 9 dzień w trasy


Telefonów od Karola spedycja nadal nie odbiera. Ode mnie już tak, zostawiliśmy sobie to jako wisienka na torcie naszych kontaktów. Ledwie wykręciłam numer a już słyszę w słuchawce radosne - słucham. Pan spedytor tłumaczy się z pomarańczy. Załadunek obiecuje na jutro (5 dni opóźnienia).
Pytam kiedy będzie rozładunek. Za 4-5 dni od załadunku. Panie spedytorze my jesteśmy w stanie tam dojechać w 2,5dnia. Nie wytrzymuję, wykrzyczałam swoje myśli, że tak się nie traktuje ludzi, a taki transport z nimi jest niepoważny. Co ja mam powiedzieć dziecku? Co? Miał być poniedziałek a w czwartek nadal nic nie wiadomo. Rozłączyłam się.

Nie minęło 5 sekund. Dzwoni. 
- Pani Anno my nie możemy tak rozmawiać, żeby pani się rozłączała. 
- Ale ja mam prawo być zła!
Czekam, kiedy sam się rozłączy....w ciszy.

Dostajemy współrzędne na jutro (piątek) na załadunek. I godzinę: najwcześniej 16.

Boli mnie brzuch, w zasadzie już od 3 dni. Chyba z nerwów. Jeszcze żadnej trasy nie musiałam tak reorganizować swoich planów i nigdy nie musiałam aż tylu wizyt i wyjazdów odwoływać. Nawet nie spakowałam jedzenia na tyle dni. Co w przypadku konieczności diety jest bardzo problematyczne. 
A w Grecji znalezienie czegoś bezglutenowego graniczy z cudem. W kilkunastu sklepach znalazłam tylko w jednym bułki Shar. Niestety ze względu na skład i tak ich nie mogę kupić i zjeść. W Lidlu nie ma nic co z nam ze sklepów tej sieci. A jeśli coś ma to samo opakowanie to niestety inny skład. Swoje zachcianki na coś słodkiego, cokolwiek słodkiego, spełnię dopiero w Bułgarii. 
Z Hiszpanii przywożę sobie różne bezglutenowe (i nie tylko) smakołyki, których nie ma w Polsce. 

Mój szef to poważna osoba, i wydawało się, że poważnie umawia się z daną spedycją. Cóż... życie. Szef jest wściekły. 

W tej spedycji wygląda na to, że każda trasa wygląda bardzo podobnie i wedle tego samego schematu. Dziś rano na załadunek wyjechały z parkingu auta, które ładowane były w Polsce dzień przed nami. Nie ważne czy to pojedyncza czy podwójna obsada, czas trwania trasy jest ten sam. Około 13-15 dni. Kropi deszcz. Nie ma tu co robić. Jedyna rozrywka to dłuuugi prysznic. Nie brałam żadnej książki. Miałam nie mieć na nie czasu. Błąd.

13 grudnia, piątek 16:00 - 10 dzień trasy


Rano było zimno. Gdy wstało słońce, promienie zaczęły łagodnie łaskotać po twarzy, nabrałam ochoty na szybki wyjazd do Aten. Zobaczyć Akropol i wrócić. Taksówką.
Plany pokrzyżował mi pan spedytor. Możemy jechać na załadunek już. Już, teraz, natychmiast. Śniadanie, prysznic. Ruszamy o 11:00.


Kto wie, może, może faktycznie towar już czeka. Tak jak mówi.


Za niecałe dwie godziny jesteśmy pod firmą. Na placu kilka zestawów. Dwóch kierowców czeka na załadunek od dwóch dni. Pani w biurze nie wie nic o towarze dla nas. Źle to wróży. Czekamy 3 godziny - nie dzieje się nic.

Pan spedytor obiecuje załadunek dziś. Tylko jednak nie - już, teraz, natychmiast - a wieczorem koło 18. Ja miałam plan zobaczyć centrum Aten, a on miał swój plan. Pogrążyć nasz czas pracy.

Musiał przecież coś zrobić, byśmy za szybko w Polsce nie zawitali. Przy okazji mamy informacje o uaktualnieniu zlecenia z dwóch możliwych miejsc rozładunku na trzy. Kolejny dzień ucieka, odwołuje kolejne sprawy, spotkania. Jutrzejszy wyjazd z Maurycym... Jak sobie tak o tym myślę, o tym nie da się myśleć spokojnie. 
Karol ma także bardzo nieciekawą sytuacje planową. Telefon za telefonem. Nie dam rady wrócić... Najgorsze jest tłumaczenie takich sytuacji komuś, kto tego zupełnie nie rozumie, że na prawdę się nie da i nie jest to zależne od nas.

Firma, na której czekamy jest szczelnie ogrodzona. Otaczają ją sady z pomarańczami. Pytam magazyniera o toaletę. Jest i nawet zostaje do niej odprowadzona.
Aha, to nie żarty. Jednak normalna grecka toaleta to brodzik z dziurą w ziemi. Przynajmniej jest czysto, mydło też obecne. Ciepła woda to zbędny luksus. Drzwi się nie zamykają, może to tu norma.

Rampa jest tylko jedna. Jedna jedyna i zajęta. Słońce zachodzi. Zwiedzam plac. Przechadzka po magazynie. Szukam naszego towaru. Jakiegokolwiek posortowanego pomarańcza, który mógłby z nami pojechać. Zliczam palety. Na dwa zestawy owszem, a czeka pięć aut.
Karol zrobił już to wcześniej.

Jeśli to nie jest towar dla nas... 

Po 18 zaczyna się robić tłocznie na placu, pracownicy wyjeżdżają a w powietrzu czuć weekend.
Czuje jak podnosi mi się ciśnienie. Dzwonię do spedytora i żądam informacji czy dziś na 100% załadują a jak nie to chce to wiedzieć teraz i stąd wyjechać na normalny parking. Bo sory ale nie dam się tu uwięzić na cały weekend. A on... on nie wie, ale dziś.

Siedzę wściekła.... minuty mijają.
Godziny....
O 20:40 podjeżdżamy pod rampę, ufff. Pomarańcz ma przyzwoitą temperaturę i świąteczne opakowania z Mikołajem. Zdążymy na Święta?? Oby.

Po nas nie załadują już nikogo. Ci czekający już dwa dni poczekają jeszcze minimum do jutra. Dla nich albo nie ma odpowiedniego towaru, albo nie ma opakowań z napisami w zamówionym języku.

Po 22:20 wyjeżdżamy z firmy. Wracamy inną drogą, w stronę Patra.


Czeka nas przejazd najsłynniejszym greckim mostem Rio Andirio.


Ta przyjemność kosztuje nas 42euro. Płatność na bramce już za mostem.


14 grudnia, sobota, 0:30 - 11 dzień trasy


O 0:30 w nocy zamieniamy karty. Czas na moją zmianę. Karol zamknął oczy. Wjeżdżam w tunel. Za chwilę kolejny i kolejny i kolejny.
Mijam znaki ostrzegające przed niedźwiedziami. Po za standardowym płotem chroniącym zwierzęta przed wbiegnięciem na jezdnię tuż obok stoi drugi płot. Wyższy. Chyba nie żartują z tymi niedźwiedziami.

Z tunelu w tunel. Z tunelu... oj ile śniegu, wow. Temperatura ujemna. Bramki. I do tunelu.

Nad ranem kończy nam się czas pracy. Do granicy z Bułgarią brakuje około 1,5godziny. Zjeżdżamy na parking. Rozwidnia się. Po pauzie po 16:00 moje myśli krążą już nad granicą z Bułgarią. Będzie kolejka, nie będzie...

Granicę pokonujemy w godzinę. Przejazd przez baraczek z odkażającym prysznicem.


W Bułgarii część trasy pokonujemy inną drogą. Czy lepsza czy gorsza? Ciężko stwierdzić. Znacznie szersza niż nasze krajówki. Taka typowo Bułgarska. Jak są dziury czujesz, że jedziesz. Mocno przykuwają uwagę śmietniki w wioskach. Przy każdej posesji oraz w różnych miejscach duże pojemniki do zbiórki selektywnej.

Karol, widziałeś chociaż jeden taki śmietnik w Grecji? - Nie.


W Bułgarii pracuje przy ulicach dużo Pań do towarzystwa. Podchodzą do samochodów, które się zatrzymują, zaczepiają na parkingach. 
Chciałam sprawdzić drogę na nawigacji, lepiej sprawdzić niż się zawracać. Zaparkowałam na wybetonowanym poboczu przed miastem. Szukam w telefonie mapy. Wszystko gra. Mogę jechać. Podnoszę wzrok a ona już mi przesyła buziaka. Oj, to się zdziwi. Otwieram szybę - nie będę jej tak bezczelnie po nogach jeździć. Zaśmiała się i życzyła miłego dnia. Nawzajem.

Zbliżamy się do kolejnej granicy. I tu jest gorzej. Spora kolejka przed mostem nad Dunajem. Niektórzy kręcą pauzę. A nie ma tu na to miejsca. Jeden pauzowicz z samego końca kolejki śpi dalej słodko i nawet nie poczuł jak inny zestaw uderzył w niego. Kabina się zmieściła, zaczepił przodem chłodni, posypała się izolacja. To nie są przyjemne sytuacje. Kilka cennych centymetrów zabrakło.


Suniemy po kilka metrów do przodu. Idę spać, każda godzina snu w tej pracy jest cenna. I wychodzę z założenia, że lepiej godzina snu za dużo niż godzina za mało.

Karol budzi mnie przed samą granicą. Na jego twarzy widzę zmęczenie.

15 grudnia, niedziela, - 12 dzień trasy


Rozjaśnia się. Pierwszy raz zobaczę Rumunię za dnia.  Góry, góry i jeszcze raz góry. W Rumuni jest bardzo dużo skrzyżowań o ruchu okrężnym. Na jednym z nich leży bokiem Mercedes. Zapada cisza... To nie jest miły widok. Każdy ma świadomość, że do takiej sytuacji wystarczy niewiele, niewielki błąd.


Dunaj jest piękny. Tuż za nim widać Serbię. Mamy skromny plan dojechać do granicy z Węgrami. Niestety w ramach upływu dnia, wiemy, że to się nie uda.


Szukam na mapie parkingu, znajduję jeden, tuż za nim miasto. Jest.

- Karol gdzie Ty jedziesz, to nasz parking?!?
- Miau, miau, miau... jeszcze jeden ma być.
- Ale ja sprawdziłam tam więcej nic nie ma, ten i koniec.

Faktycznie, jest jeszcze jeden parking, z miejscem na 3 osobówki.

- No i co? mówiłam, że tamten jest nasz. Ile mamy czasu?
- 4minuty
- 4 minuty i Ty sobie zwiedzasz parkingi???

Karol zawraca i z uśmiechem na ustach, rozglądając się obowiązkowo w moją stronę, żebym przypadkiem tego uśmiechu nie przegapiła, wjeżdża na parking, nasz parking. I kończy tacho minutę przed końcem czasu.

Dodać, że za takie kończenie zmiany w ostatniej minucie, ja to niestety dostaje słowną reprymendę? Puki nie zapłacisz za przekroczenie to się nie nauczysz, bla, bla, bla. Nie zapłaciłam nigdy. 4:29 jest za darmo. 4:30 też. 4:32 też było gratis.

O co chodzi z tym miau, miau, miau.
Gdy zaczynam coś mówić/marudzić, zawsze oczywiście słusznie, Karol komentuje to właśnie takim miał, miał.
Dając mi tym do zrozumienia - on to wszystko już wie. W tym miau, miau, zapewne jest też tęsknota do czasów samotnych rejsów i ciszy.
Jeździł sobie chłopak sam, niepodziewanie po kilkunastu latach wpuścił do kabiny babę.
Wpuścił to ma. Babę, jej cały bagaż, różową szczotkę do włosów, tusz do rzęs i buzię, która mało kiedy przestaje mówić.

Wracamy do naszego parkingu.


- Karol, jeszcze nikt mnie nie zabrał na parking z łabędziami. Zagaduję.


Jest bardzo ładnie i przyjemnie. W oddali widać restauracje Ancora nad stawem. Spokojnie, czysto. W porównaniu z Grecją mam dziś tu raj na ziemi. I nie zamierzam go nie wykorzystać. W środku dużo ludzi. Młodzi, starsi, całe rodziny z dziećmi na niedzielnych obiadach.


Nie mam ochoty na sen. Za to na spacery w takich okolicznościach bardzo. Karol idzie spać, ja spacerować. Przy restauracji jest mini zoo. Z pawiami, królikami i kurkami.
Zachód słońca jest przepiękny i magiczny. Czasami niewiele trzeba do szczęścia, wystarczy wyjechać z Grecji. Restauracja znajduje się przy 75km drogi DN79.


Po pauzie po 22:00 ruszamy w kierunku Oradea do granicy w Bors. Jest kolejka, którą pokonujemy w niecałe 3 godziny. Na zdjęciu świąteczne ozdoby z Salonta.


16 grudnia, poniedziałek, 01:30 - 13 dzień trasy 


Tuż za granicą zaczyna się zagęszczać mgła. Widoczność spada do 40-80 metrów. Jedzie się, jak to we mgle, ciężko. Pełne skupienie. Przed granicą węgiersko słowacką czeka mnie jeszcze zjazd na wagę.

Cała Słowacja także skąpana jest we mgle. Tuż przed zmiana kart mylę zjazd. Nawigacja zagubiła się na zjeździe a i ja nie poskładałam tak szybko myśli, gdzie, co i jak. Zdarza się. Zjeżdżam na stacje paliw. Karol prostuje mój błąd.

Owijam się w czerwony kocyk ze świątecznym wzorem i idę spać. Budzę się dopiero pod Krakowem.
Ach nie, jeszcze raz otworzyłam oczy na serpentynach na Słowacji. Jaki tu dziś tłum i kolejki na zakrętach. Od razu czuć magię Świąt i świątecznych powrotów. I jeszcze raz otworzyłam oko przy okazji tankowania. Jak ujrzałam Polska ziemię to już tym bardziej słodko i mocno spałam. Karol próbował mnie na siłę wyciągnąć do restauracji na obiad, i tego nie pamiętam.

Rano jesteśmy pod firmą w okolicach Będzina.
Na rozładunek czeka około 40 zestawów. Awizacje mamy na 23:00. Można dalej spać. Cały długi poniedziałkowy dzień czekania przed nami.
Po południu zamawiam taksówkę do centrum handlowego. W poszukiwaniu prezentu na środowe Mikołajki. Wylosowane dziecko lubi Minecraft, coś się znajdzie, musi.

Od razu szukam pozycji z listu do Świętego Mikołaja dla Maurycego. Część kupiłam już w październiku, teraz szukam jeszcze fajnych puzzli.
Biorę największą paczkę puzzli jaka tylko była w sklepie. I kilka książek o wadze co najmniej 5kg. Mina Karola pyta, gdzie ja się z tym wszystkim zmieszczę. Mina pyta, ręka łapie za ciężką torbę. Czasem kobieta ponosiłaby, podźwigała, kalorie spaliła przed Świętami… nie protestuje :)
Na wystawie widzę piękne szpilki idealnie pasujące do mojej sukienki na Sylwestra. One są już moje. Moje za chwilę. Jest mój rozmiar. Tylko ja, taka w leginsach, reebokach, nerce zamiast torebki i różowej kurtce do tego wszystkiego wyglądam jak co najmniej - nie klientka tego sklepu. Patrzę w oczy pani sprzedawczyni. Ona patrzy na mnie z lekką nutką pogardy...

Właśnie nie sprzedałaś szpilek za 400zł. 


Nigdzie w żadnym kraju nie czułam jak sprzedawca ocenia mnie po wyglądzie czy warto powiedzieć Dzień Dobry czy nie warto. Niedzielny stój Niemek, Hiszpanek czy Francuzek to właśnie dresik, leginsy i wszystko co wygodne. Szczególnie buty. Obowiązkowo sportowe i wygodne. Żadne sztuczne przedłużane rzęsy, hybrydy i tony make up. Loki układane dwie godziny. Tylko polki  (ok, Litwinki też) mają tak nakładzione w głowach. Ja też, inaczej kupiła bym te szpilki. Na szczęście częste wyjazdy wyleczyły mnie skutecznie z potrzeby malowania się grubą warstwą ochronną od całego świata i rysowania nie swojego kształtu oczu.

Wracamy pod firmę. Godziny mijają i mamy już wtorek.

17 grudnia, wtorek, 0:30 - 14 dzień trasy


Pod rampę podjeżdżamy o 0:30 A wyjeżdżamy o 4:30. Z firmy ruszam ja. Do kolejnego miejsca rozładunku w Piotrkowie. 
Na CB beczy jakiś baran. Beczy co chwilę. Muczy, gdaczę, beczy. Po kilkunastu minutach już wiem, że niestety jedziemy w tym samym kierunku. Do przejechania około 60km zwężki. Zwężki, którą będą wspominać kierowcy jeszcze 10 lat. Za wszystko... Oznakowanie, słupki rozdzielające pasy z workami piachu, worki walające się po jezdni.
Pana od beczenia coraz ciężej się słucha. Po godzinie jest to już tak nieznośnie męczące. CB nie wyłączę, bo dobrze wiedzieć gdzie leżą świeżo wywrócone słupki itd. Przed zjazdem na firmę mamy jakąś nowość. Fantazyjne rondo - nie rondo. A wszystko przy akompaniamencie meee i beee..

Pod firmą czuć Święta, co najmniej kilkanaście zestawów z pomarańczami. Kilka prowadzonych przez tą samą spedycję. Widzieliśmy się z nimi już na poprzedniej firmie na Śląsku. Każdy zrzucał około 10-15 palet. Kolejne tu i z kolejnymi 4-5 paletami wszyscy jak po sznureczku pojadą na rozładunek do Warszawy. Tak, w dokładnie to samo miejsce.

W dobie ekologii i dbania o środowisko ta wyjątkowo specyficzna spedycja nawet przez chwile nie wpadnie na pomysł, wysłania do Warszawy jednego zestawu a nie sześciu. I tak, w okolicy mają swój magazyn, mogli to przeładować bez problemowo i bez proszenia kogokolwiek. 
Jednak ta spedycja ma swoje priorytety, informowanie o trzech miejscach rozładunku zamiast dwóch, bo tak ma być i koniec.

Karol idzie z papierami i wpada w podskokach do kabiny po minucie. Podnoszę głowę i pytam - i jak?
Patrzę a tam jakiś zakręcony chłopak, siedzi, złapał za kierownicę i patrzy.
Patrzy, patrzy...

Aaaaa, nie to auto. 

Wyskakuje również w podskokach i wskakuje do białego Volvo obok. A myślałam, że tylko ja jestem taka zakręcona ;) Odjeżdża na rozładunek i macha zadowolony.

Wraca Karol, my także dostajemy magiczny numerek rampy.  Po trzech godzinach możemy ruszać dalej do Warszawy.

Po drodze zajeżdżamy na szybki obiad do Fox'a. Zamawiam łososia z warzywami z pary.

Ruszamy dalej, miejsce naszego ostatniego rozładunku jest czynne maksymalnie do 14-15. Przywitamy zamkniętą bramę? Nie chciałabym czekać tam z 4 paletami do środy. Tym bardziej, że jutro mam klasową Wigilię, do której organizacji jestem przydzielona.

W Warszawie w ciągu dwóch godzin udaje się rozładować te 4 ostatnie palety. Jeszcze tylko kilka minut grozy, czy jest jeszcze ktokolwiek, kto może nam podbić pieczątkę na dokumentach. Czy jednak czeka nas czekanie do środy rana????

Karol wraca z poważną miną. Nie wiem... tak, nie, tak, nie, tak nie, jest ta pieczątka czy jej nie ma. Wypatruje tej magicznej piecząteczki niczym surykatka, mam już magię Świąt czy jej nie mam....

Karol wsiada, i ten uśmiech  mówi wszystko - WRACAMY DO DOMU. W końcu. To ciepełko w sercu.
Wkładam dokumenty do teczki. Jeszcze oglądam je na wszelki wypadek. Wracamy przez Warszawę, z nadzieją, że zdążymy wyjechać z miasta przed 16 przed zakazem dla samochodów ciężarowych. Jak na przedświąteczny ruch - jest nieźle.

Przed Siedlcami zajeżdżamy jeszcze na myjnie. Musimy chwilę poczekać na pracownika. Zestaw już świątecznie się błyszczy.

Koło 20:30 wjeżdżamy na bazę. Wypakowuje swoje rzeczy. Czas wracać do domu. W 14 dniowej trasie, prawie 7 dni spędziliśmy w Grecji. W przypadku tras do Portugalii czy Hiszpanii, wszystko bywało tak ułożone, że wjeżdżaliśmy tam wieczorem a nad ranem już wracaliśmy. Być w Portugalii i nie zobaczyć dosłownie nic- po to właśnie jest podwójna załoga.

Kolejny wyjazd w styczniu po Nowym Roku.
, , , , , , , ,

9 komentarzy:


  1. Odważna kobieta!

    OdpowiedzUsuń
  2. Podzielam twoje rozczarowania. Byłam w Grecji na wakacjach na wyspie. Nie podobało mi się, dużo bezdomnych kotów, nikt się nimi nie zajmuje :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Podziwiam Cię, dzielna kobieta, kobieta ciężko pracująca /a nie na państwowym garnuszku/. Będzin to "rzut beretem" od mojego miejsca zamieszkania. Wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku... pozdrawiam serdecznie...

    OdpowiedzUsuń
  4. Ania, Grecja jest taka brzydka... Byłam, nie chce więcej.

    OdpowiedzUsuń
  5. Podziwiam za determinacje, silna z Ciebie kobieta. Ja nigdy nie widziałabym się w takiej pracy, zdecydowanie brakuje mi cierpliwości.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  6. Słyszałaś o pomyśle 600+ dla pracujących i 400+ dla nie pracujących? Wprowadzą? Mogliby.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie myślałaś o napisaniu książki ...?

    OdpowiedzUsuń
  8. Jestem w 1000% przekonany o jaką spedycje chodzi. Szefowi zapłacili chociaż, bo z tym także mają niemały problem. Pozdrawiam koleżankę

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję Kochani za komentarze :)

Copyright © Doganiam Motyle , Blogger